Jak przejechać 250 km w maratonie szosowym?

Większość znajomych uważa, że nikt normalny nie katuje roweru przez 250 km, żeby pozwiedzać nawet naprawdę urocze miejsca. No, ale taki już nałóg. Swoje pierwsze 250 km rower wytrzymał. Mi też się udało, a wrażenia z Rajdu dookoła Zalewu Szczecińskiego „Ultra Gryfus” opisałem poniżej, co biały rumak zbył milczeniem, które uznałem za zgodę.

Aby w pełni oddać realia wyścigu i pozwolić Wam wyrobić sobie opinię, uwzględniając moje subiektywne odczucie, od razu zaznaczę, że był to mój pierwszy maraton szosowy na takim dystansie i jedyny ukończony. Jestem zatem całkowitym noob’em, ale jako że przejechałem cały dystans zgodnie z założeniami poniżej 10 godzin, mogę opisać trasę z perspektywy mniej więcej środka peletonu😀.

I w tym miejscu pragnę serdecznie podziękować tym, którzy wspierali mnie na poszczególnych etapach rajdu. Zarówno tym, którzy ciągnęli mnie jak piąte koło u wozu, jak i tym, którzy oddechem na plecach pomagali przejechać tą trasę 😜.

Zacznijmy zatem od początku.

Przygotowanie do maratonu

Po raz kolejny wyrazy ogromnego szacunku dla organizatorów, którzy pierwszy raz stworzyli taką imprezę, ale na bardzo wysokim poziomie. Na bieżąco podawali wszelkie niezbędne informacje, walczyli o sponsorów i pewnie sami tylko wiedzą jaką pracę niewidoczną dla nas włożyli.

Tak więc mając niecały miesiąc na przygotowania i żadnego doświadczenia z rowerem szosowym, a nawet nie posiadając roweru… 😂

  1. Kupiłem więc rower – ten krok polecam każdemu, kto marzy o laurach na maratonach szosowych.
  2. Skontaktowałem się z trenerem – skąd go wziąłem? Jako, że mieszkam za granicą pod ręką miałem tylko Adama z I-SPORT. Jeśli nawet uznał mnie za szaleńca, to nie dał tego po sobie poznać (szczęście nie wiedział, że rower z demobilu tylko co nabyłem na mocy umowy kupna-sprzedaży😋). Zaplanował treningi i dietę (oho przy tylku kaloriach spalanych to naprawdę ważne).
  3. Rozpocząłem treningi – interwały i trasy 3 godzinne dla przyzwyczajenia szanownych 4 liter… ogólnie spoko, tylko jeden dzień padał deszcz i akurat padło na 3-godzinną marszrutę.
  4. I pojechałem do Szczecina się wyspać w hotelu Ibis. Genialna sprawa, polecam, pokój w galerii😉. Nawet obudzili o 4 rano,  a że ciut przez pomyłkę zostałem bez śniadania… no cóż nie samym chlebem żyje człowiek 😁


Trasa maratonu

Z założenia trasa miała liczyć 250 km i prowadzić dookoła Zalewu Szczecińskiego przy otwartym ruchu samochodowym. Na trasie były rozłożone 3 punkty kontrolne i 6 miejsc gdzie należało zrobić fotografie. Profil trasy był łagodny, a wiatr miał być w plecy (nie wyszło 😉). Okolica przepiękna i w zdecydowanej większości bez większego ruchu drogowego. Kolejny punkt dla organizatorów.

Pakowanie – co wziąć ze sobą?

Poza wymaganymi przez organizatora zestawem naprawczym z pompką włącznie i oświetleniem wziąłem ze sobą:

  • 2 bidony + 1 techniczny – z sokiem i z wodą
  • 4 batony
  • 2 banany

Resztę pożywienia zapewniał organizator, a w środku trasy i na końcu zabezpieczył również ciepły posiłek.

Maraton

Oczywiście wszyscy mamy świadomość, że po ciężkich, miesięcznych przygotowaniach interesuje nas tylko zwycięstwo. Ja jednak miałem jeszcze jeden cel – nie zgubić się. Aby go zrealizować trzymałem się swojej grupy przez jakieś pierwsze 70 km do pierwszego punktu kontrolnego – podziękowania szczególne grupie, która wprowadziła mnie ze Szczecina😉. Grupa cisnęła ostro, jakby naprawdę chcieli przejechać ten dystans przed obiadem (może nie wiedzieli, że w Świnoujściu czekał darmowy kebeb🤔).

Ja jednak niczego nie świadomy spokojnie poczekałem w kolejce z kartą kontrolną. Następnie dopełniłem bidony, wziąłem 2 banany i… zorientowałem się, że zostałem sam na placu boju.

Chcąc nie chcąc pognałem dalej, silnie odczuwajac, że średnia 40 km/h w pojedynkę jest poza moim zasięgiem. W końcu udało się zebrać 4 wspaniałych i razem ruszyć w podróż do Świnoujścia, gdzie czekał na nas kebab (ach na 150tym kilometrze to był najlepszy kebab w moim życiu 😍). Po drodze parę pamiątkowych fotek w wyznaczonych punktach, jedno sikanko w lesie (miło, że nasz wspaniały fotograf nie uwzględnił go w zbiorowej galerii😊) i przeprawa promem z kebabem w ręce.

Prom płynął o zgrozo za krótko. Nauczony doświadczeniem wrzuciłem jednak resztkę kebaba do plecaka i ruszyłem z grupą, którą przytrzymał trochę prom. I tak dojechaliśmy w jakieś 7 osób do ostatniego PK oddalonego jakieś 50 km od Szczecina, gdzie czując swoje ograniczenia odpuściłem i ostatecznie w dwójkę z kolejnym wspaniałym człowiekiem ruszyłem dokończyć dzieła.

Ostatecznie finiszując w pojedynkę ukończyłem wyścig z czasem 9,37 rzutem na taśmę zdążywszy na przygotowany przez brata obiad🤩.

Dziękuję wszystkim za wspólnie pokonaną drogę!

Czego się nauczyłem

  1. Wreszcie rozumiem na czym polegają zmiany w kolarstwie szosowym.
  2. Nauczyłem się jak chronić się przed wiatrem, przy różnych kierunkach wiatru.
  3. Przekonałem się, że jestem amatorem wśród amatorów. Jednak nawet amator może walczyć – w najgorszym razie z samym sobą.
  4. No i wreszcie. Jesteś tak silny jak twoja grupa, więc jeśli tempo grupy Ci odpowiada to trzymaj się jej jak rzep psiego ogona.
  5. Wyznacz cel – mój 10 godzin został zrealizowany. Teraz następny to 8😊